OSOBISTE WSPOMNIENIE · chudy_SDB
Pamiętam
ten zachwyt.
My jeszcze składaliśmy gazetki, poprawialiśmy kartki i staliśmy przy kserokopiarce. Ktoś już przenosił ten świat do internetu.
Tak to zapamiętałem. To opowieść o moim doświadczeniu tamtych lat; daty i odnalezione materiały mają swoje miejsce w archiwum.
Litery jak w książce
W szkolnej pracowni pamiętam Windowsa 3.1, edytor TAG i arkusze kalkulacyjne. Nowy Word był ciekawostką. Można było napisać coś i wydrukować litery wyglądające jak w gazecie albo w książce. Dziś trudno wytłumaczyć, dlaczego to robiło takie wrażenie. Wtedy robiło.
Był też program do wielkich napisów. Pamiętam go jako „Baner”. Drukarka igłowa przeciągała kolejne połączone kartki, a z nich wychodził napis na gazetkę. Wielkie litery, czasem z cieniem, niemal trójwymiarowe. Z takich rzeczy człowiek potrafił się cieszyć.
Równocześnie uczyłem się pisać dziesięcioma palcami na zwykłej maszynie do pisania. W rogu stała już elektroniczna, która — tak ją pamiętam — potrafiła zapamiętać dwie linijki. Można było sprawdzić tekst przed wydrukowaniem. Widziałem jeszcze prace pisane na maszynie, przez kalkę. Te światy przez chwilę istniały obok siebie.
A oni już byli w sieci
Kiedy zaczynałem swoją przygodę ze zgromadzeniem, trafiłem na CYBERBOSCO. Nagle teksty, których szukało się w książkach i bibliotece, były dostępne na stronie. Konstytucje, dokumenty, odsyłacze do innych salezjańskich miejsc. Można było wejść o dowolnej porze i po prostu czytać.
To, co dziś jest oczywiste, wtedy było otwarciem nowych drzwi.
Za tymi stronami stali ludzie. Musieli się nauczyć rzeczy, których niewielu wokół nich jeszcze próbowało. Przygotować teksty, ułożyć stronę, połączyć odsyłacze, zadbać, żeby to w ogóle działało. Nie wiem, ile dokumentów przepisywali ręcznie. Wiem, że to, co zobaczyłem, było dla mnie odkryciem — i inspiracją.
Dopiero po czasie dowiedzieliśmy się, kto tworzył CYBERBOSCO. Później zapytałem jego twórcę, czy mogę kontynuować tę nazwę i pomysł. Dostałem zgodę. Dlatego nowe CYBER BOSCO jest również moim hołdem dla człowieka, który wcześniej pokazał nam tę drogę.
Strona prowadziła do ludzi
Pamiętam Pustynię Miast, pielgrzymkę i późniejsze wspólne miejsce Salezjańskich Wspólnot Ewangelizacyjnych. Baner na jednej stronie odsyłał do następnej. Były fora, księgi gości i kawiarenki. Po powrocie ze spotkania można było jeszcze kogoś odnaleźć, zostawić pozdrowienia, poczekać na zdjęcia.
Pamiętam też mobilną stronę Pustyni Miast, przygotowaną na ówczesne telefony. Dzisiaj nie potrafimy jeszcze pokazać jej odzyskanej kopii. Może ktoś pamięta adres? Może zachował jej pliki? Takie brakujące fragmenty są jednym z powodów, dla których powstaje to archiwum.
Z czasem sam dołączyłem do pracy nad tym internetowym światem. Przy połączonej stronie SWE pracowałem razem z chłopakiem, który zajmował się informatyką. Potem były następne pomysły i kolejne strony. Ale początek tej fascynacji był właśnie tam: w zachwycie nad tym, co zrobili pierwsi.
Dzisiaj wystarczy powiedzieć
Te słowa dyktuję. Nie muszę nawet dotykać klawiatury. Gdy pomyślę o maszynie do pisania, kalce i drukarce igłowej, trudno nie zatrzymać się na chwilę. W ciągu jednego życia zmieniło się tak wiele.
To nie znaczy, że nowe narzędzia są dla każdego oczywiste. Pamiętam własne początki i wiem, ile znaczy ktoś, kto spokojnie pokaże, gdzie kliknąć. Dlatego robię też rzeczy, które mają ułatwiać codzienną pracę. Jeśli pomagają mnie, może pomogą komuś jeszcze.
A tutaj chcę ocalić ślady tych, od których sam się uczyłem. Ich strony, małe GIF-y, pierwsze pomysły na spotkanie w sieci. Nie wszystko się zachowało. Nie wszystko pamiętamy tak samo. Tym bardziej warto zebrać to razem, póki jeszcze możemy zapytać autorów.
Ta historia ma wielu autorów. Jeśli rozpoznajesz w niej kawałek swojej — dołóż swój ślad.
Wspomnienie opracowane na podstawie opowieści inicjatora archiwum. Wersja do dalszej redakcji.